Jest całkowicie uzależniony od pomocy bliskich. Od brutalnego pobicia Jarosława Dyksa na bydgoskich Wyżynach minęło już 10 lat, ale do dziś rodzicom nie udało się wyegzekwować od sprawców zasądzonego odszkodowania. Tymczasem rodzina tonie w długach. Niemal wszystkie pieniądze pochłania rehabilitacja sparaliżowanego syna. Po brutalnym pobiciu, Jarosław Dyks został inwalidą.

Jarek Dyks wykonuje polecenia rehabilitanta. Słyszy go i rozumie, ale umysł młodego człowieka uwięziony jest w sparaliżowanym ciele. To konsekwencje brutalnego pobicia przez grupę chuliganów, do którego doszło 10 lat temu na bydgoskich Wyżynach. Napastnicy bili go do nieprzytomności, głowę przyciskali butami do ziemi. Jarkowi uratowano życie, ale nie zdrowie. Został inwalidą. - Jarek czasami zaskakuje pewnymi nowymi sytuacjami. Zaczyna pomagać przy zmianach pozycji w łóżku. Zaczynam zauważać pewne ruchu, których do tej pory nie było - opowiada dr Stanisław Krajewski, fizjoterapeuta.

Mozolna, codzienna rehabilitacja - tylko tak można pomóc Jarkowi. Jest kosztowna. Rodzice długie lata walczyli o wyrok, najpierw w procesie karnym, potem cywilnym. Sąd skazał pięć osób za pobicie syna. Konsekwencje były też dla czterech nieletnich sprawców pobicia. Wszyscy są już na wolności.

W 2016 roku rodzice wygrali w sądzie batalie o odszkodowanie od skazanych: rentę i milion złotych. Mieli płacić solidarnie, ale od maja wpływają na konto Dyksów symboliczne kwoty. Pieniądze trudno wyegzekwować. - Siedmiu unika płacenia, więc ten wyrok sądowy to ja mogę sobie w ramkę powiesić – kwituje Janusz Dyks, ojciec Jarka.

Rodzice zadłużają się, by płacić za rehabilitacje syna. Ich zaległości sięgają już 100 tys. zł. Dłużnicy ukrywają się za granicą, w Polsce dochodów nie posiadają. - Nasza kompetencja tam nie sięga. To musiałby ktoś za pomocą detektywów czy innych organów ustalić, bo nawet kurator reprezentuje jednego z dłużników, który jest za granicą - wyjaśnia Piotr Chojnacki, adwokat rodziny.

Dzięki staraniom rodziców, komornik zajął wskazane przez nich dwa mieszkania należące do jednego ze skazanych. Lokale są w Bydgoszczy, stoją puste. Mają zostać zlicytowane. Pierwsze oględziny mieszkań zakończyły się jednak fiaskiem, bo komornik przyszedł bez kluczy. - Było bardzo dużo chętnych, żeby obejrzeć te mieszkania. Rozeszli się i niestety teraz nie mam gwarancji, czy będą drugi raz fatygowali się, żeby zobaczyć te lokale – mówi Elżbieta Dyks, matka.

Za drugim razem asesor komornika już miał klucze. Zainteresowani weszli do jednego z mieszkań. Komornik przed kamerą nie chciał komentować sytuacji. Tłumaczy, że doszło do nieporozumienia. Zapewnia, że procedury związane z licytacją lokali prowadzi właściwie. Do sprzedaży mieszkań ma dojść w przyszłym tygodniu. Pieniądze na konto rodziców wpłyną najwcześniej za około cztery miesiące.

Cały czas Dyksowie śledzą nowinki medyczne i wierzą, że uda się im jedynego syna postawić na nogi. -Do końca życia będziemy mieć nadzieję, że Jarka w miarę usprawnimy - wyznaje Janusz Dyks.